Miesięczne archiwum: Czerwiec 2014

Z Bogiem, homeopatio!

Alleluja! Dobra wiadomość! Spada popularność preparatów homeopatycznych w Polsce. Bardzo mnie to cieszy, a jednocześnie dziwi. W kraju, gdzie zacofanie i zabobon mają się znakomicie, spada wiara w magiczne kropelki ewentualnie cukrowe kuleczki które mają leczyć.
Kiedyś będziemy się tego wstydzić, tak jak spalenia na stosie Giordano Bruno, że „leki homeopatyczne” stoją na półkach w aptece czy organizowane są na Śląskiej Akademii Medycznej studia podyplomowe o homeopatii. Wspaniały przykład na to, jak kasa napędza ignorancję.
Oczywiście ci, którzy czerpią z tego zyski czyli firmy farmaceutyczne produkujące to gówno, lekarze-homeopaci (takim odbierałbym prawo wykonywania zawodu) i inne cudaki, wymyślają niestworzone teorie opisujące mechanizm działania słodzonej wody. Prawdopodobnie w cichości swoich gabinetów sami się z tego śmieją w kułak i liczą zera na swoich kontach, a naiwna tłuszcza to kupuje.

Tasiemiec w ruskim sosie

Afera podsłuchowa. Na kilometr śmierdzi to robotą ruskich służb specjalnych. To samo zrobili z dyplomatami zachodnimi na początku wojny ukraińskiej. Teraz czas na Polskę. Ciekaw jestem, czy rząd przyjmie to na klatę, pokaże, że ma jaja i dobierze się do dupy lewackim dziennikarzynom i ich mocodawcom zza Buga. Czy też okaże się miękką parówą i poda się do dymisji, ku uciesze Jarkacza i Macierewicza, który prawdopodobnie tak się zachłysnął tymi newsami o taśmach, że sam nie wie, czy to co się dzieje to prawda, czy to tylko roi się w jego „zaaferzonej” głowie.
Naiwnością jest uważać, że politycy nie rzucają „kurwami” oraz, że całymi dniami martwią się, co zrobić, żeby ojczyźnie było lepiej, a nie im.
To co robi „Wprost” jest haniebne. Powołując się na wolność prasy, kryminalista Latkowski (obecnie wielki pan redaktor) i spółka dekonstruują polskie państwo. A gdy wkraczają służby (fakt, że dość nieudolnie), cała lewacka siatka „pożytecznych idiotów” na Zachodzie trąbi o łamaniu demokracji. Niestety, demokracja też ma swoje granice.
W poważnym kraju cała redakcja „Wprost” już by siedziała na konwejerze w ABW, a czasopismo odeszłoby do krainy wiecznych wyimków.
Całkowicie się zgadzam z tym, co powiedział Seweryn Blumsztajn. Jeżeli w materiałach były informacje o przestępstwie – dziennikarze powinni prowadzić śledztwo, a pozostałe informacje przekazać gdzie należy. Poza tym to były prywatne rozmowy, a podsłuchiwanie prywatnych rozmów chyba jest karane?
Dziennikarzyny z „Wprost” mają w dupie dobro Państwa. Im zależy tylko na nakładzie i ogrzaniu się przez kilka minut w świetle telewizyjnych studiów.
Jedyny pozytyw tej całej afery – nauczy to polityków dużej ostrożności. I bardzo dobrze.

Dziecko w sosie własnym

Ojciec zapomniał, że miał odwieźć dziecko do przedszkola. Zostawił samochód na parkingu i poszedł do pracy. Po ośmiu godzinach spędzonych w nagrzanym samochodzie, dziecko zapewne wyglądało jak obrzęknięty, kilkudniowy topielec. Ale to wszystko wiemy z mediów. Oczywiście zaraz nagonka na ojca, że debil, że wykastrować, wysterylizować, zamknąć w aucie na trzy dni etc. Ale mnie bardziej interesuje przyczyna, a nie skutek. Jak to możliwe, że ojciec zapomniał, że wiezie dziecko i ma je odstawić do przedszkola?
Zdarzało mi się miewać ataki „alzheimera”. Zapomnieć, gdzie co położyłem, albo tak schować, że nie mogłem znaleźć. Zdarzało mi się wyprzeć coś z mózgu – coś komuś obiecałem, że zrobię, zawiozę, zadzwonię, a potem „umykała” mi ta czynność z „listy” i przypominało mi się poniewczasie. Ale to były rzeczy małego kalibru i sporadyczne. Jak to możliwe, żeby zapomnieć o czymś, a raczej – o kimś, takim?
Na razie nie znamy (a zapewne poznamy, bo to temat super dla mediów, a obecnie jest „badnewsowa” posucha, bo Ukraina już się widzom przejadła) okoliczności tego zdarzenia. Nie wiemy co spowodowało taką tragedię. Najłatwiej powiedzieć – głupi ojciec, niedojrzały emocjonalnie etc. Być może przyczyną jest niezdiagnozowana choroba psychiczna. A może po prostu wszechobecne zaganianie, „multitaskowość”, z którą nie radzi sobie nasz biedny, zwierzęcy mózg, nieprzyzwyczajony do takiego nadmiaru informacji go bombardujących.
Nie wiemy, dlaczego nie zauważył dziecka, dlaczego nie zadzwoniła żona, żeby zapytać, czy odstawił je do przedszkola. Tak czy inaczej – ojciec ma już przesrane do końca życia. Bo co innego stracić dziecko w wyniku choroby, czy nieprzewidzianego wypadku (a nie wszystko można przewidzieć), niewynikającego z naszego zaniedbania. Owszem, jest rozpacz i ból, ale to co innego, niż świadomość, że przyczyniłeś się do śmierci własnego dziecka. Że de facto sam je zabiłeś z powodu własnej bezmyślności, roztargnienia, niefrasobliwości czy jak to nazwać. Trudno sobie wyobrazić taki kanał i dalsze życie z tą świadomością. A nie był to przecież jakiś beztroski młodziak. Facet ma chyba około 40-tki. A może to był właśnie beztroski 40-latek, który kilka lat temu dorósł do bycia ojcem (w swoim mniemaniu)?
Trudno spekulować i nie ma co na nim wieszać psów. Stało się. Nie pierwszy i nie ostatni raz. To co nas wkurza w tej sprawie to idiotyzm tego zdarzenia. Tak głupia i niepotrzebna śmierć. I to dziecka. Pół biedy, jeśli to by była matka-staruszka. Mniej nas bulwersuje na przykład zmielenie przez matkę noworodka w maszynce do mięsa (jak to miało miejsce kilka lat temu). Owszem, to przerażające, ale i chore jednocześnie, co jakoś może tłumaczy incydent z maszynką. Ale tu, na parkingu, doszło do tak głupiego i niecelowego pozbawienia życia, że trudno nam to zrozumieć.
Facet będzie musiał dalej żyć z demonami w swojej głowie. A dla nas niech to będzie przestrogą, aby w zaganianym multimedialnym świecie ułożyć sobie w głowie priorytety.

Ha! Ha! Co za miasto!

Na świecie są tylko dwie miejscowości, mające wykrzyknik w nazwie:
kanadyjskie Saint-Louis-du-Ha! Ha! i brytyjskie Westward ho!
W przypadku Kanady, wyraz „haha” oznaczał w dawnym francuskim „niespodziewaną przeszkodę na drodze”.

Ciągnąc wątek dziwnych słów – najdłuższym polskim wyrazem jest pięćdziesięciogroszówka – 23 litery. Oczywiście, są wyrazy techniczne, specjalistyczne, mające więcej liter – na przykład nazwy związków organicznych (np. cyklopentanoperhydrofenantren – 29 liter). Najdłuższa nazwa chemiczna jest podobno nazwa białka tytyny – około 19.000 liter czy jakoś tak.

W języku angielskim najdłuższym wyrazem jest Taumatawhakatangihangakoauauotamateapokaiwhenuakitanatahu – szczyt w Nowej Zelandii (nazwa pochodzi z maoryskiego, ale kraj anglojęzyczny).

I tak nic nie przebije szalonych rodziców ze Szwecji, którzy chcieli swojemu dziecku dać na imię
Brfxxccxxmnpcccclllmmnprxvclmnckssqlbb11116. Szczęśliwie sąd się nie zgodził.
Najdłuższym polskim imieniem jest prawdopodobnie Wirzchosława – 13 liter. Do weryfikacji. A męskim? Prawdopodobnie Przemyślibor – obchodzący imieniny 9 marca

Autyzm dzięki autom?

Poważni naukowcy z poważnego instytutu przeprowadzili badania, z których wynika, że u młodych osobników narażonych na zanieczyszczone powietrze, częściej dochodzi do wystąpienia autyzmu lub schizofrenii. Robili badanie na myszach, ale według obserwacji, z ludźmi jest podobnie.
Sądzę, że coś w tym jest. Autyzm staje się plagą. WHO trąbi na alarm, a przyczyny masowości tego zjawiska są nieznane.
Być może nadchodzi kres naszego gatunku.
Nie wykończy nas asteroida, superwulkan ani błysk gamma. Wykończą nas choroby psychiczne i degeneracja umysłowa.
Zabawne, że już w historii to przerabialiśmy. Imperium Rzymskie ze swoimi akweduktami wykładanymi ołowianą blachą oraz kosmetykami na bazie związków ołowiu też zawaliło się między innymi pod szaleństwem swoich władców.

Pan od chemii

W poniedziałek (2 czerwca) zmarł amerykański farmakolog Alexander Schulgin. Znany jako twórca dwóch książek o substancjach psychoaktywnych „PiKHAL” i „TikHAL”. Dziwne akronimy pochodzą od ich pełnych tytułów:
PiHKAL – Phenethylamines I Have Known And Loved: A Chemical Story Of Love (Fenetylaminy, które poznałem i pokochałem: Chemiczna historia miłości),
TiHKAL – Tryptamines I Have Known And Loved: The Continuation. (Tryptaminy, które poznałem i pokochałem: Kontynuacja).
Opisywał w nich swoje eksperymenty z syntezą i konsumpcją kilkuset otrzymanych substancji psychoaktywnych – pochodnych fenyloetyloaminy i tryptaminy. Był postacią nieomal kultową dla konsumentów psychotropów, a jego książki krążyły w internetowym drugim obiegu.
Jak widać, eksperymenty z „mózgotrzepami” wyszły mu na zdrowie, bo zmarł w wieku 89 lat.