Miesięczne archiwum: Maj 2014

Generał i motłoch

Dzisiaj pogrzeb Jaruzelskiego. Z asystą wojskową, bo w końcu był żołnierzem.
Mimo, że to ponoć kraj bardzo katolicki, pogrzeb jest znakomita okazją dla prostaczków, sfrustrowanego motłochu oraz dawno niewidzianych „prawicowców” do dołożenia swoich pięciu nic niewartych groszy. O ile można wybaczyć tym o prymitywnych, niewykształconych mózgach, o tyle ciekawe jest, że wśród wykształconych najbardziej radykalni są młodzi, którzy w dupie byli i gówno widzieli, jeśli chodzi o stan wojenny i czasy socjalizmu. Swoim krzykiem chyba chcą nadrobić to, że się nie załapali na „walkę z komuną”, więc przynajmniej teraz trochę poszarpią trumnę z ostatnim czerwonym dyktatorem, w myśl powiedzenia, że martwego lwa to byle małpa potrafi za ogon pociągnąć.
Przypuszczam, że w swoim mniemaniu Jaruzelski był patriotą, aczkolwiek z punktu widzenia tych, którzy byli gnojeni przez „komunę” za jego rządów, może to wydawać się kuriozalne i trudne do zaakceptowania.
Smutne, że III Rzeczpospolita nie była w stanie (lub nie chciała) osądzić i wydać chociażby symbolicznego wyroku na organizatorów komunistycznego puczu w 1981 roku. Mówi się, że stan wojenny był mniejszym złem. Być może. Tego się chyba nigdy nie dowiemy, a ludzie o manichejskim obrazie świata mogą powiedzieć, że nie ma mniejszego zła. Jest tylko zło.
Co by nie mówić o licznych łotrostwach Jaruzelskiego i jego podwładnych, jego niewątpliwą zasługą był pozytywny udział w bezkrwawej przemianie Polski w latach 1989-1990. Że podczas przekazywania władzy nie doszło do bratobójczych walk, chociaż prawicowe oszołomy żałują teraz, że zamiast grubej kreski Mazowieckiego nie było lasu szubienic. Dobrze to określił Michnik, że Jaruzelski zakuł najpierw naród w dymy, a potem go z tych dybów uwolnił…
A gdyby tak zestawić na przykład Jaruzelskiego z Macierewiczem – kto wyrządził więcej zła w sensie duchowym? Jaruzelski realizował plan niszczenia opozycji i wolności w sposób metodyczny, przy użyciu wszelkich środków represji ale nie był w stanie zatruć dusz, a wręcz przeciwnie – z tego mentalnego oporu tworzyło się coś dobrego. A Macierewicz? Nie ma aparatu represyjnego, a zatruwa tysiące dusz ludzi, którzy sami nie potrafią dostrzec rzeczy oczywistych. Teraz znowu Kaczyński wypuścił go z izolatki i poszczuł na kwestionowanie wyników wyborów do PE – w końcu to kolejna przegrana PiS-u, chociaż niewielu to zauważyło.
Zastanawiałem się kilka dni temu, któremu z nich podałbym rękę.

Powązki tylko dla IPN-owskich bohaterów

Instytut Pieniactwa Narodowego powiedział, że Jaruzelski nie może leżeć na Powązkach, bo tam tylko bohaterowie sami leżeć mogą.
Ciekawe jak IPN mierzy bohaterstwo? Mają jakieś tabele porównawcze? Roczniki Statystyczne Bohaterów? A może jest jakiś prosty wzór, jakiś współczynnik bohaterstwa? Np. pensja prezesa IPN pomnożona przez ilość pracowników IPN i to wszystko podzielone przez ilość zwolenników danego herosa. Im ten współczynnik mniejszy, tym bohater większy.
Jak mówi stare porzekadło „nie ma bohatera dla kamerdynera”. Szczegóły proszę znaleźć we wstępie do „Wykładów z filozofii dziejów” Hegla.
Dzięki Piłsudskiemu zginęło podczas Przewrotu Majowego więcej ludzi niż podczas stanu wojennego. Podczas II Wojny Światowej, Sikorski w Wielkiej Brytanii utworzył obóz koncentracyjny dla swoich przeciwników politycznych. Anders posłał na śmierć kupę Polaków pod Monte Cassino, chociaż nie było to konieczne ze strategicznego punktu widzenia. Który tam jeszcze z bohaterów do rozpatrzenia?
Skoro IPN chce być taki konsekwentny, to niech wykopie z Powązek takie gwiazdy jak Michał Rola-Żymierski – aferzysta z XX-lecia międzywojennego, zdegradowany i wywalony na zbity pysk z wojska za malwersacje przy zakupie uzbrojenia czy Karol Świerczewski – pijaczyna, który nie był w stanie dowodzić bitwą pod Budziszynem, w wyniku której zginęło od 7.500 do nawet 20.000 polskich żołnierzy (w całej II Wojnie Światowej więcej żołnierzy zginęło tylko w Powstaniu Warszawskim).

Eurostołki obsadzone

Wybory do Parlamentu Europejskiego z głowy. Ubędzie z kraju trochę politycznych miernot. A oto co „ciekawsi” przedstawiciele polskiej myśli politycznej, których wyeksportujemy w cholerę na pięć lat:
Bolesław Piecha – „doktor skrobak”, który przeprowadził więcej aborcji, niż ja zjadłem obiadów; doznał objawienia, przestał skrobać i został przykładnym katolikiem; jego udział w aferze z francuską firmą farmaceutyczną Servier (dzięki urzędnikom uzyskała dostęp do poufnych dokumentów konkurencji, a także wpisano jej dość badziewny lek iwabradynę na listę leków refundowanych) – oficjalnie żaden;
Zbigniew Kuźmiuk – gorliwy radomski Pisior; dobrze wiedział kiedy uciec z tonącego PSL-u; postawił razem z Suskim pomnik „poległemu w boju” Pierwszemu Polskiemu Safandule i pewnie za to prezio wysłał go do Brukseli;
Rysio Czarnecki – mistrz politycznej miernoty i nijakości; z nieprawdopodobnym wyczuciem wie, skąd wieje wiatr i jak się ustawić by trafić do koryta; zmieniał partie polityczne jak rękawiczki; wierny wyznawca Leppera, porzucił go, gdy ten kazał mu się odkleić od koryta; obecnie – Pisior;
Marek Jurek – z wielkim hukiem odszedł z PiS-u jako „wierny swym zasadom”, a tymczasem cichutko powrócił do niego z podkulonym ogonkiem; hołd lenny przyjęto i do Brukseli wysłano;
Karolek Karski – miernota polityczna ale za to wierny; zasłynął z pijackiego rajdu wózkiem golfowym w hotelu na Cyprze oraz denuncjacji pilota, który jako jedyny posiadający zdrowy rozsądek, nie chciał lądować z Pierwszym Safandułą w Tbilisi, gdy Pierwszy Safanduła leciał walczyć z ruskimi w Gruzji;
Julia Pitera – która widzi źdźbła w oczach Pisiorów i innych, a nie widzi belek w oczkach Platformersów;
Janusz Korwin-Mikke – szalony kapelusznik, który swoimi dyrdymałami urzeka gówniarzerię; po wielu latach chudych wreszcie przy korycie; swego czasu zaatakowany na ulicy nożem – podobno przez swoją kochanicę; sprawa dziwnie ucichła;
Bogdanek Zdrojewski – hojny darczyńca Świątyni Opaczności z publicznych pieniędzy; jak Bodzio Bogu tak Bóg Bodziowi;
Barbara Kudrycka – geniusz edukacji, reformatorka szkolnictwa wyższego, dzięki czemu pojęcie „wyższe wykształcenie” sięgnęło dna; Rudy ją odwołał (za późno!), ale w ramach rewanżu wysłał do Brukseli, by tam niosła kaganek oświaty;
Anna Fotyga – odmówiła, gdy próbowano ją umieścić w Sevres pod Paryżem jako światowy wzorzec niekompetencji; ale ślepa wierność polskiemu kartoflowi się opłaciła;
Andrzejek Duda – namaszczony przez Ziobrę, rozgrzeszony przez prezia; bez powodzenia usiłował się zaczepić gdzieś wyżej; dzięki karierze filmowej – występie w tendencyjnym filmie „Mgła” wyfrunął do Brukseli;
Beata Gosiewska – bycie senatorem to za mało, więc wdrapała się na trumnę męża, żeby było ją lepiej widać na politycznym horyzoncie; a że ciemny motłoch lubi melodramaty – więc pojedzie do Brukseli; peron we Włoszczowej można już zlikwidować;
Michałek Kamiński – bez specjalnego wykształcenia (jakiś licencjant od siedmiu boleści) ale za to „mądry jestem niesłychanie”; swego czasu ultraprawicowiec liżący razem z Markiem Jurkiem dupę Pinochetowi; Pisiorowski hunwejbin i teletubiś prezia; w trzymaniu się koryta i zmianie partii równie zręczny jak Rysio Czarnecki. Korekta!!! Megazonk! Misio-Pysio nie wszedł do PE!!! Cha, cha, cha… Łysa pała zbaraniała… Ciekawe gdzie teraz się podczepi…

No i wielki przegrany – Jacek Kurski. Byłby wspaniałą wisienką na tym torcie z gówna. Nie mogę uwierzyć, że go tam zabraknie…

„Dzieci okopciałe”

W książce M. Kowalskiego „Kolonie Rzeczypospolitej: część I” znajduje się między innymi relacja Krzysztofa Pawłowskiego, który w XVI wieku wybrał się z Portugalczykami w zamorską wyprawę do Indii. Opisywał tak między innymi kwestię mieszanych małżeństw pomiędzy Europejczykami a Hinduskami: „Choć ten sam rodzaj jest czarny, jednak je pojmują Portugalczycy. I od nich się rodzą dzieci okopciałe”.

Małżeństwo małży

W radio (i to w „Trójce”) mówią o legalizacji „małżeństw homoseksualnych” w Pensylwanii. A mnie cholera bierze. Nie dlatego, że homoseksualne, ale dlatego, że „małżeństwo”.
Wyraz małżeństwo oznacza związek kobiety i mężczyzny. Sam źródłosłów o tym świadczy. „Małżonka” to żona pojęta na „mal” (z germańskiego „mal” – umowa, kontrakt), czyli małżonka to „kontraktowa żona”.
Według Słownika Języka Polskiego małżeństwo to „związek kobiety i mężczyzny usankcjonowany prawnie”. W związku z tym niech te pismaki i dziennikarzyny nie robią ludziom wody z mózgu i nie wmawiają „małżeństw homoseksualnych” bo to określenie bez sensu. A potem się dziwują, że ludzie się wkurwiają, jak takie rzeczy słyszą.
W przypadku obupłciowych osobników – tak jak u niektórych małży, określenie „małżeństwo homoseksualne” ma już większy sens…

Baba-dziwo z Kopenhagi na żywo

Wiem, nie powinienem się tak ekscytować tym festiwalem tandety i tym, że wygrało go jakieś pieprzone dziwadło. Smutne jest to, że Europa na niego tak masowo głosowała. Co prawda, od wieków baba z brodą była unikalną atrakcją cyrkową i zawsze budziła niezdrowe zainteresowanie, ale jak to świadczy o kondycji umysłowej i moralnej Europy? Nawet jeśli jest to, pożal się Boże, Eurowizja. Dlaczego ludzie głosowali na to coś? Bo przecież piosenka dziwadła nie była nadzwyczajna. Głosowali, żeby pokazać jacy są liberalni i modni? Że nie są zaściankowi?
Jestem wyrozumiały. Ba! Nawet liberalny. Nie mam nic przeciwko homoseksualistom, transseksualistom, transwestytom (zwłaszcza jeśli faktycznie wyglądają kobieco), ale takiej dawki zwyrodnienia nie jestem w stanie zaakceptować. Dla mnie to jakiś wynaturzony podludź, którego w życiu nie wpuściłbym na podwórko i nie podał szklanki wody. Tylko chory umysł, odurzony zbyt dużą ilością AZT mógł posunąć się do wykreowania takiego emploi. Nie wiem dlaczego, ale fakt akceptacji tego degenerata przez publiczność budzie we mnie dezaprobatę graniczącą z agresją. Tym bardziej się cieszę, że Polska kompletnie zignorowała to „coś” w swoim głosowaniu.
Ale mam pomysł na kolejny konkurs Eurowizji. Trzeba wysłać na niego jako przedstawicielkę Polski – posłankę Sobecką. Ona ze swoim nieokreślonym bliżej fenotypem płciowym, mogłaby zrobić furorę, tak jak teraz zrobiła ją Konczita Kiełbasa. A gdyby jeszcze ojciec Dyrektor wsparł ją apelem do słuchaczy o wyjazd do ościennych krajów i głosowanie SMS-ami na Sobecką – zwycięstwo gwarantowane. Trzymam kciuki za przyszły rok!

Smutna prawda o resuscytacji

Tyle razy oglądana w filmach reanimacja. Zwłaszcza ta przeprowadzana na ulicy, bez ratowników. Po chwili chory zaczyna się krztusić, kasłać i ożywa, a czasami nawet podnosi się, otrzepuje i akcja filmu toczy się dalej.
Niestety, rzeczywistość jest mniej optymistyczna.
Według danych AHA (American Heart Association):
– jeśli reanimację rozpocznie się w ciągu 5 minut od utraty przytomności, szansa na przeżycie wynosi 37%, ale pod warunkiem, że defibrylację wykona się nie później niż w ciągu 10 minut od utraty przytomności; jeśli nie wykona się defibrylacji w ciągu 10 minut, szanse na przeżycie spadają do 7%;
– jeśli reanimację wykona się po 5 minutach od utraty przytomności lub później, szanse na przeżycie maleją do 20% o ile wykona się w ciągu 10 minut defibrylację; bez defibrylacji szanse na przeżycie wynoszą 0% (zero).
Co rozumiemy przez przeżycie? Przeżycie to wypisanie ze szpitala. Oznacza to, że dowiezienie „żywego” pacjenta po reanimacji do szpitala nie oznacza jeszcze, że wyjdzie z niego na własnych nogach. O zaburzeniach neurologicznych pacjentów, którym jednak udało się opuścić szpital, nie będę już wspominał.
Wobec tego, czy warto podejmować reanimację? Oczywiście, że tak. Zawsze może okazać się, że pacjent będzie miał szczęście i znajdzie się w tych 7-37 procentach.

Być może poniższy schemat będzie pomocny.

CRP

Eurowizja z brodą

Właśnie przełączyłem na TVP 1 i widzę śpiewającą kobietę z brodą, ewentualnie mężczyznę w sukience. To się okaże. Przez chwilę nie mogłem uwierzyć w to, co widzę, zwłaszcza, że przełączyłem znienacka. To było zbyt intensywne przeżycie, chociaż wiem że konkurs Eurowizji to szmaciarstwo i tandeta drugiego sortu. Teraz może mnie już zaskoczyć tylko śpiewający koń…